20.09.2016

Dlaczego lepiej posadzić drzewo niż kupić samochód

Robię drugie podejście do e-learningowego kursu o permakulturze, może tym razem uda się skończyć :-)
Oglądam i czytam z zaciekawieniem, a tam taka idea:
z punktu widzenia projektowania permakulturowego nasze inwestycje możemy podzielić na trzy kategorie: degeneracyjne, generacyjne i regeneracyjne.
I przykładowo kupno samochodu należy do tej pierwszej - co prawda zyskujemy natychmiastową możliwość przemieszczania się, ale auto nieustannie traci na wartości, musimy ciągle dokładać pieniądze na paliwo czy naprawy, a na samym końcu za zezłomowanie. No, i degenerujemy środowisko za sprawą emisji spalin i CO2.
Tradycyjna uprawa zbóż lub warzyw to przykład projektu generacyjnego - wkładamy naszą prace i nasiona, otrzymujemy plony, ale na koniec zostajemy w punkcie wyjścia i w następnym sezonie całą pracę musimy wykonać od początku.
Z kolei posadzenie drzewa - kosztuje nas sadzonkę i pracę, ale... Zyskujemy nie tylko owoce, cień, miejsce życia dla ptaków i owadów, nasiona, drewno, ale także tlen i lepsze warunki życia. Jest jeden minus - trwa to wiele lat, więc możemy nie doczekać jego dobroczynnych efektów.



To było tyle na temat permakultury :-) Poza tym trwa właśnie Tydzień Zrównoważonego Transportu. Moje miasto sie jakoś szczególnie nie popisało. Byl jakiś festyn, jakieś warsztaty, gdzies, ponoć. No, i  w piątki kierowcy mogą za darmo jeździć komunikacją miejską. Ale uwaga - tylko kierowcy (a co z resztą rodziny/pasażerów?) i nie wystarczy prawo jazdy, muszą mieć przy sobie także dowód rejestracyjny pojazdu i dokument o przeglądzie technicznym :-/ Ciekawa jestem, czy ktoś w ogóle z tej ulgi korzysta przy takich wymaganiach...


Za to ja dziś jechałam autobusem (kupując wcześniej normalny bilet za 2,60zł). Odzwyczaiłam się od komunikacji miejskiej, bo gdzie mogę, to chodzę piechotą, a na szczęście mieszkam blisko centrum. Ale tym razem dystans był trochę za duży. Rozkład jazdy rozczarował, a raczej bus nie wpasował się w niego - 10 minut opóźnienia groziło, że i ja się spóźnię na umówione spotkanie, więc w końcu wsiadłam w jakiś inny numerek jadący z grubsza w pożądanym kierunku, a resztę drogi przeszłam na nogach. Bardzo ekologicznie :) Za to na przystanku poznałam miłą dziewczynę, która mnie zagadnęła o dready i od słowa do słowa wymieniłyśmy się numerami. Może więc i ta komunikacja miejska ma jakieś zalety :-)
Na dowód kilka przytulnych przystanków:
- Białołęka:


- Norwegia

- Australia

 Przysyłajcie swoje ulubione :-)


17.09.2016

Fanimani - pomagaj kupując

Kiedy ostatnio kupowałaś/eś coś przez internet? Ja wczoraj :-) Kupiłam e-booka "Sekretne życie drzew", ale recenzja będzie kiedy indziej. Dzisiaj z kolei chciałam kupić koszulkę, bo były happy hours w koszulkowo.com, ale w ostatniej chwili jednak pomyślałam, że nie potrzebuję przecież kolejnej koszulki i zrezygnowałam...
Zmierzam jednak do tego, że kupując coś przez internet można jednocześnie wspierać wybrane organizacje, nie dopłacając dodatkowo ani grosza. O FaniMani.pl wiedziałam już od jakiegoś czasu, ale zerejestrowałam się w zeszłym tygodniu. I żałuję, że tak późno, bo okazało się, że księgarnia Woblink, gdzie zazwyczaj kupuję e-booki jest partnerem Fanimani, a to oznacza, że 4,5% z moich zakupów przeznaczanych jest na organizację, którą wczesniej wybrałam, czyli Otwarte Klatki.



Sam proces rejestracji jest prosty i namawiam każdego, bo w końcu to nic nie kosztuje. Jeśli dodatkowo skorzystacie z tego linku - klik, to Otwarte Klatki otrzymają dodatkowo 5zł, z góry dzięki :-)
Potem już możecie wybrać dowolną organizację, którą chcecie wspierać. Aby pamiętać, które sklepy są partnerami FaniMani, można zainstalować wtyczkę/przypominajkę. Bardzo się przydaje, bo automatycznie wyświetla wiadomość przy wejściu na stronę jakiegoś sklepu, czy należy on do FaniMani.


A wybór jest spory - przez księgarnie, drogerie, RTV, Groupona, Tchibo, Pakamerę po sieci komórkowe (np. Orange, Play) czy firmy ubezpieczeniowe. Ponad 800 sklepów i możliwości pomagania. Just do it :-)

10.09.2016

Wege koszulki

Właśnie wpadłam w wir przygotowań do pierwszej opolskiej Veganmanii. Organizacja takiej imprezy to prawdziwe wyzwanie, ale póki co, idzie nam nieźle.



Jedną z atrakcji będzie możliwość ozdobienia sobie koszulki lub torby jakimś wege-szablonem. Zrobiłam więc mały research sieci pod kątem fajnych wege haseł i jest tego sporo. Poniżej moi faworyci :-)

Dziś wege, jutro homo do nabycia tu: madmonk.pl

 


 
stąd: Etsy buckmoonshirts
 

 
stąd: vegemoda.pl

03.09.2016

Post Daniela, koniec wakacji

Tydzień temu żem zakończyła prawie miesięczne doświadczenia z tzw. postem Daniela/dietą dr Dąbrowskiej. Przez 26 dni jadłam tylko niskoglikemiczne warzywa i 3 owoce - jabłko, grejfrut i cytrynę. Poza tym zero tłuszczu, białka, cukru, glutenu, i wszelkich używek (herbata, kawa, alkohol, tytoń), co dla mnie oznaczało m.in. odstawienie ginger honey lemon tea (piłam kilka razy dziennie) i nieustającą miesięczną tęsknotę za ziemniakami, awokado, oliwkami i kanapką z jakąś pastą strączkową. Koniec końców jednak nie było tak źle i pewnie gdyby nie wesele kuzynki, a na nim kuszący wegański catering, to pościłabym jeszcze dłużej.


Moją początkową motywacją było, no cóż - schudnięcie. Mimo, że od kilku lat odżywiam się wegańsko, to, nie wiadomo kiedy,  przytyłam więcej niż bym chciała. Złożyło się na to kilka czynników - m.in wegańskie słodycze (ach, czekolada z masłem orzechowym...), popijanie piwka wieczorami (ach, Sommersby kwiat bzu), wieczorne zajadanie smuteczków (ach, smażone comfort food), a także - zbyt duża ilośc wegańskich blogów kulinarnych :-P
Na post wskoczyłam bez dłuższych przygotowań, a im dłużej czytałam o jego prozdrowotnych zaletach, tym bardziej mi się podobał, a zrzucanie wagi przestało być głównym celem.
Poza tym mamy właśnie tę cudowną porę roku, kiedy pomidory mają smak, a cukinie i dynie są tanie. Z ograniczonej liczby dozwolonych warzyw i owoców można stworzyć pokaźne menu, tym bardziej, że w grę wchodzą również kiszonki i soki warzywne. A zupy i leczo bez tłuszczu też dobrze smakują :-)

Co mi dał post:
- większą kreatywność w kuchni (np. zielona zupa z ogórków gruntowych, cukinii i kapusty)
- nowe smaki - np. kiszona marchewka, kiszone pomidory
- jem więcej surowizny
- przekonałam się do grejfruta, o którym zawsze myślałam, że jest gorzki. Nie jest.
- zaczęłam używać większej ilości różnych przypraw (suszona cytryna, mieszanki curry, pieprz ziołowy, kozieradka), które dotychczas kurzyły się w kuchennej szafce
- przestałam tyle solić
- piję więcej wody (z cytryną albo octem jabłkowym albo na gorąco z imbirem i kurkumą) i różnych ziółek (mieszanka Kuby Babickiego, pokrzywa z cytryną, niepokalanek)
- mycie naczyń po beztłuszczowych potrawach to kwestia opłukania ich wodą - warto :-)
- zdrowotnie? Na pewno poprawił się stan skóry,  wyciszyła sie zmiana AZS na kolanie, zniknął cellulit, cera wygładzona i miękka, dobrze mi się spało i miałam/mam dużo więcej energii, niż w czasach sprzed postu
- codziennie ćwiczyłam jogę, minimum 20 minut rano i wieczorem, a raz w tygodniu sesja 1,5 godzinna, więc zauważyłam różnicę - nie garbię się i nie bolą mnie plecy
- na wadze 5kg mniej :-) Niby nie tak dużo (zwłaszcza, kiedy porównuje się te wyniki z innymi osobami na poście), ale wróciłam do wagi, z którą czuję się dobrze (i do cyfry 5 z przodu), a stare spodnie znów się dopinają :-)

Teraz najważniejsza rzecz przede mną - utrzymanie nowych nawyków i rozważne wychodzenie z diety.
Gdyby ktoś chciał spróbować, to polecam najpierw zapoznać się z wykładam dr Dąbrowskiej, jej książeczkami i FAQ na stronie Akademii Witalności
Było to ciekawe doświadczenie dla ciała i ducha i na pewno jeszcze do tego wrócę.

30.08.2016

Rokiś a ekologia

Pamiętacie taką bajkę Joanny Papuzińskiej "A gdzie ja się biedniuteńki podzieję?". O diable Rokicie, który musiał się przenieść do miasta, bo wycięto wszystkie wierzby przy drodze i nie miał gdzie mieszkać?


Odświeżam sobie lektury z dzieciństwa przy okazji wieczornego czytania Dziecku i czasem natrafiam na wątki, które jak ulał pasują do określenia edukacja ekologiczna. W 1981, kiedy wydano Rokisia, słowo ekologia odnosiło się jedynie do nauki o ekosystemach i nie było łączone z sozologią, czyli nauką o ochronie środowiska. Kilka(naście) lat później wszystko się pozamieniało i teraz eko jest synonimem starań o ochronę przyrody, a jeszcze częściej jest równoznaczne z greenwashingiem. Ale to inna historia, wróćmy do Rokisia.
W czasach kiedy Joanna Porazińska pisała bajkę o łobuzerskim czorcie, nie było jeszcze telefonów komórkowych, komputerów ani internetu. Dzięki temu Dziecko może się dowiedzieć, że butelki były cennym surowcem, naczynia myło się ręcznie, korzystano z maszyny do pisania zamiast komputera, a wiedzy szukano w encyklopedii i bibliotece.
Ale już wtedy wycinano drzewa przy nowych drogach (lęk przed drzewami mordercami ma jak widać ugruntowaną tradycję), po tychże jeździły samochody (ale przeważnie korzystano z transportu zbiorowego), już wtedy dymiły kominy i choć nikt nie mierzył czystości powietrza, to z pewnością przekraczało normy dla pyłu zawieszonego PM10. Dlatego można Rokisia czytać zarówno jako bajkę historyczną z realiami PRLu dla najmłodszych, jak i ekologiczną.



Zwłaszcza w trzeciej części cyklu, czyli "Rokiś i kraina dachów", znajdziemy takie opisy: "Wszystko tu było zapylone i czarne, ponieważ w większości domów stały staromodne kaflowe piece, w których każdy mieszkaniec musiał sam sobie palić węglem. (...) Kiedy się pokroiło śniegową pryzmę na brzegu chodnika - wyglądała ona jak torcik-stefanka - ciemna warstwa, a potem jasna, i ciemna, i znów...
Dopiero na wiosnę śnieg i pył węglowy mieszały się ze sobą i spływały brunatną strugą pod ziemię, przez dziury w żelaznych kratach.
Ale węgiel i tak wygrywał. Zostawał na chodniku, murach, balkonach i szybach. A także w ludzkich nosach i płucach."

No, cóż - dla dzieci jest to dużo mniej ciekawe niż przygody Kaśki i Rokisia, ale nam pozostaje zainteresować się tematem smogu, a zwłaszcza dobrych praktyk (zebranych na stronie Polski Alarm Smogowy).

23.08.2016

Publikacje nie tylko na wakacje

Nie wiem, czy zaglądacie do działu "ekopublikacje", ale co jakiś czas wrzucam tam nowe linki do bezpłatnych broszur, e-booków czy poradników dostępnych w sieci.
Np. na stronie The Zeitgeist Movement Polska można przejrzeć broszury Ogród owocowy na 300 metrach kwadratowych oraz Ogród warzywny na 200 metrach kwadratowych.
 Jeśli chodzi o florę, to Łukasz Łuczaj uwolnił niedawno treść swojej książki "Dzikie rośliny jadalne Polski". Korzystajcie :-)


Polecam wam także publikację ODE Źródła "W dziką stronę", na temat edukacji przyrodniczej.

Z innej bajki - poradnik-kolorowanka na temat odpadów w kanalizacji, czyli Sedes to nie kosz na śmieci
Dla majsterkowiczów z kolei mam broszurę Greenpeace'u "Hotele dla dzikich zapylaczy. Zrób to sam", Budowanie z konopi Cohabitatu oraz ich magazyn WyTwórcy:


I jeszcze coś o żywności, czyli książka Marcina Gerwina "Żywność przyjazna dla klimatu":

 oraz e-booki z wegańskimi przepisami Dobre decyzje:

Smacznej lektury!


16.08.2016

7 sposobów na rurki i słomki do picia

Kiedy ponad 6 lat temu pisałam na blogu o słomkach do picia, to zachęcałam: "zamiast plastikowych rurek do picia używajcie rurek wielorazowego użytku. Można kupić stalowe, szklane i bambusowe, oczywiście nie w Polsce, ale można :-)"
Otóż jak najbardziej można już w Polsce kupić rurki stalowe, szklane i słomiane. Te ostatnie, Eco Straw, przetestowałam i są spoko (o dostępność pytajcie tutaj), choć osobiście wolę stalowe (które też mamy w domu). 

A co można zrobić z rurek plastikowych?

1. Rzeźbę - tak jak  Annie Boyden Varnot:


2. Spiralne mobile:




3. Cichy instrument muzyczny a la fletnia pana (taki bardziej szum wiatru,ale łatwo zrobić i  jest fun):

Zdjęcie pochodzi z bloga Mama, dzieci i śmieci - my naszą fletnię skleiłyśmy taśmą klejącą i też działa :-)

4. Dmuchawkę - rakietę (tu instrukcja i szablon)


5. Latawiec




6. Lifehack - aby uniknąć splątanych łańcuszków


Więcej lifehacków u Szalonego Rosyjskiego Hackera (cudowny akcent):




7. A najlepszy jest chyba pomysł na miniopakowania podróżne na pastę do zębów, szampon, czy zapałki albo tabletki. I w sumie myślę, że może wystarczyłoby zgiąć słomkę na pół i skleić brzegi mocną taśmą klejącą, zamiast zgrzewać je zapalniczką:

stąd

Pretty cool, what do you think, guys? :-)

13.08.2016

Czytam sobie

"Ostatni taki Amerykanin" Elizabeth Gilbert - niepozorna okładka i tytuł, autorka kojarzy się z "Jedz, módl się, kochaj" - czy to może być dobre?
A jednak :-)

Zaletą tej książki jest to, że opowiada prawdziwą historię, chociaż nie wiem, czy sięgnęłabym po nią, gdybym wiedziała, że to biografia. W dodatku człowieka, który jeszcze żyje :-) W dużym skrócie - istnieje na świecie mężczyzna, który w "dzisiejszych czasach" przeprowadził się do lasu mając 17 lat i potrafi o siebie zadbać w dziczy. A to oznacza - upolowanie zwierzyny, wykrzesanie ognia bez zapałek, zbudowanie schronienia, leczenie ziołami i inne tego typu umiejętności, które wybiórczo znają różni bushmani, survivalowcy czy zielarki.
Eustace Conway, o którym opowiada Gilbert jest postacią niezwykłą, a książkę czyta się naprawdę dobrze. Autorka od szczegółu do ogółu nawiązuje także do kondycji dzisiejszego człowieka, kryzysu męskości, stereotypu amerykańskiego twardziela, wpływu toksycznych relacji z ojcem na całe późniejsze życie, czy deficytu natury
"W takim podejściu jest sporo arogancji, ale jeszcze coś: głęboka alienacja. Wypadliśmy z rytmu. To takie proste. Skoro nie wytwarzamy już dla siebie żywności, to czy musimy zwracać uwagę na, powiedzmy, pory roku? Czy jest jakaś różnica pomiędzy zimą a latem, skoro możemy codziennie jeść truskawki? (...) I po co rozmyślać nad własną śmiertelnością tylko dlatego, że każdej jesieni w przyrodzie coś umiera? A kiedy przychodzi wiosna, czy warto zauważać to odrodzenie? Czy nam się chce poświęcić chwilę i być może komuś za to w duchu podziękować? Uczcić to? Jeśli opuszczamu dom jedynie po to, by pojechać do pracy, to po nam świadomość istnienia potężnej, pouczającej, nadzwyczajnej i wiecznej siły życiowej, która nieustannie nas opływa?"

Poznajcie prawdziwego człowieka lasu, człowieka gór, człowieka przyrody:


Jest też w tej biografii niezły wątek psychologiczny, który częściowo tłumaczy samotność Eustace'a, tego człowieka bardziej indiańskiego niż dzisiejsi Indianie. I wyjaśnia, dlaczego stworzony przez niego rezerwat przyrody Żółwia Wyspa pozostaje utopią, która raczej odpycha niż przyciąga ludzi. Polecam.

Lektura "Ostatniego takiego Amerykanina" idealnie koresponduje z książką, o której już wspominałam w poście o chmurach, czyli "Witaminą N" - poradnikiem dla dorosłych, jak rozwijać w dzieciach więź z przyrodą. Witaminę można czytać na wyrywki w poszukiwaniu pomysłów na plenerowe aktywności. No bo, nie oszukujmy się, na dźwięk słowa "spacer", moja Córka nie merda mentalnym ogonem, a po prostu bycie na dworze nie jest żadną atrakcją. Co innego słowo "podchody", "tropienie" lub wyprawa z jakimś określonym celem. Tylko co zrobić, kiedy brakuje pomysłów i wyobraźni? W poradniku znajdziecie zarówno pomysły na zabawy, jak i działania typowo edukacyjne (rozpoznawanie poszczególnych roślin i zwierząt, obserwacje przyrodnicze). Z perspektywy polskiego czytelnika odnoszę wrażenie, że amerykańskie dzieci (i ich rodzice) mają trudniej - w wielu miejscach tereny spacerowe ograniczone są jedynie do parków, a chodniki na przedmieściach nie istnieją, bo i tak wszędzie jeździ się samochodem. Richard Louv rekomenduje np. tworzenie grup spacerowych/rodzinnych klubów przyrodniczych, które trochę kojarzą mi się z zapomnianymi już kołami PTTK (btw PTTK co roku organizuje konkursy i wyprawy dla rodzin pn. Turystyczna Rodzinka), aby realizować wspólne wędrówki czy biwaki na łonie natury.
Zróbcie więc sobie dobrze i wyjdźcie z domu. Dziś w nocy mamy ku temu szczególnie dobry powód - wciąż powinny być widoczne Perseidy, czyli łzy świętego Wawrzyńca.


PS. Dziękuję wydawnictwu Mamania za możliwość przeczytania "Witaminy N" :-)

03.08.2016

Trudne odpady - pisaki

Pisaki, mazaki, flamastry, zakreślacze, długopisy, cienkopisy, żelpeny to odpady trudne, bo złożone. Bardzo rzadko trafiają do recyklingu, choć niektórzy (zwłaszcza rodziny z dziećmi) produkują je w ilościach wręcz hurtowych.
Na amerykańskich blogach znalazlam podzielone zdania na temat ich recyklowatelności. Green and Clean Mom twierdzi, że plastiku osłonek mazaków nie można oddać do recyklingu, natomiast autorka Crafting a green world podaje, że jak najbardziej można recyklować osłonki i nakrętki, ponieważ są zrobione z polipropylenu. Problem w tym, że Crayola markers są zrobione tak (ze względów bezpieczeństwa), że aby wyjąć wkład z pisaka (swoją drogą - co z nim potem zrobić?), trzeba użyć piłki albo pilnika. Z drugiej strony inna pani w komentarzach stwierdza, że firmy recyklingowe i tak nie chcą recyklować takich drobnych części, więc cały wasz ewentualny trud może pójść na marne...
Nie mam pojęcia, co z polskimi zakładami recyklingu, ale podejrzewam, że też nie wiedzą, co począć z takimi pisakami bez wkładów :-/




Cóż więc możesz zrobić?
  • Jak zawsze ograniczyć :-) Czyli nie kupować kolejnych mazaków, zamiast tego przerzucić się na kredki. Wiem, że nie zawsze to możliwe, więc...
  • wykorzystaj ponownie - przedłużaj żywotność pisaków, jak za czasów PRLu - maczając wkłady w occie lub spirytusie
  • dbaj o nie - zawsze zakręcaj 
  • wykorzystaj wyschnięte pisaki do zrobienia kolorowych barwników. Wystarczy wyjąć zaschnięte wkłady i włożyć do słoika z wodą. Otrzymane barwniki można wykorzystać do eksperymentów, malowania, farbowania i ogólnie kreatywnie. Tak to robi Amanda0480:

  • No, i na końcu upcykling :-)

łuk (via Pinterest):


 palcynki (więcej pomysłów na Child central station)


Fletnia pana (instrukcja na Spryciarze.pl)




I jeszcze takie pomysły sprzed lat: Pisaki, kredki i ich drugie życie oraz dłuogpisy i flamastry

30.07.2016

I ty możesz zostać klimatycznym bohaterem

albo bohaterką. Klimatu. Ochrony środowiska. Edukacji ekologicznej.
Jakiś czas temu odkryłam stronę Climate Heroes, która powstała przy okazji zeszłorocznego szczytu klimatycznego w Paryżu, aby prezentować sylwetki ekoaktywistek/ów z całego globu. Chociaż szczyt już się odbył, to wciąż można zaproponować i dodać kandydaturę ekobohatera/ki. Z Polski na razie nie ma nikogo, a tymczasem mamy przecież sporo osób, które robią fantastyczne rzeczy w kwestii edukacji ekologicznej, przyrodniczej i w ogóle.
Co to znaczy być bohaterem klimatu?
Isatou Ceesay uczy kobiety w Gambii jak przetwarzać torebki foliowe na przydatne i trwałe torebki z plarnu, założyła centrum recyklingu i edukuje społeczność w kwestiach zanieczyszczenia środowiska i zmian klimatu. Więcej na stronie i w książce One Plastic Bag


Joe Justice  z USA, założyciel Wikispeed, działa na rzecz popularyzacji samochodu, który jest ultraoszczędny (mniej niż 3l/100km), bezpieczny i tani w eksploatacji. Wikispeed są częścią Open Source Ecology, czyli udostępniają wiedzę i schematy do wolnego wykorzystania. Gdyby więc ktoś zapragnął zmajstrować taki samochód w warsztacie lub maker space - ma wolną rękę.
Wymyślenie i skonstruowanie auta trwało grupie Wikispeed zaledwie 3 miesiące. Jak to możliwie?  Joe Justice wyjaśnia w tym wykładzie TED (napisy tylko po angielsku, ale dacie radę):



Wśród ekobohaterów jest także Illac Diaz - wynalazca Litra Światła (punkt 7), Benoit Lavigueur, który sam zbudował najbardziej ekologiczny dom na świecie z recyklingu, propagatorzy ekobuddyzmu, zielonej ekonomii, energii wiatru, zielonych dachów czy permakultury. Inspiracji co niemiara. Akurat na weekend :-)

I jeszcze kilka pomysłów z filmiku dobrarada:
1. zostań ogrodnikiem
2. kupuj lokalnie
3. nie marnuj jedzenia
4. ogranicz mięso i nabiał
5. podróżuj pociągiem lub wypełnionym samochodem
6. wybierz staycation zamiast vacation, czyli zostań w domu ;-)
7. oszczędzaj energię


PS. Generalnie jest niebyt ciekawie (twierdzi NASA).

26.07.2016

Library of things - wypożyczalnia przedmiotów

Ostatnio, po wielu latach przerwy, częściej korzystam z biblioteki. Nie wiem, jak u was, ale w Opolu dużo zmian na lepsze - dużo nowości, swobodny dostęp do regałów, możliwość elektronicznego wyszukiwania i rezerwacji on-line, a oprócz książek można wypożyczyć także filmy, muzykę, audiobooki czy gry planszowe. Kocham biblioteki.
Tymczasem na świecie powstają Libraries of Things. Pomysłodawcy wyszli z założenia, że wiele rzeczy potrzebujemy sporadycznie - raz lub kilka razy do roku. A po co kupować, skoro można wypożyczyć? Takie hasło przyświeca np. wypożyczalni londyńskiej. Można tam za niewielką kaucją wypożyczyć np. narzędzia albo sprzęt sportowy. Biblioteka organizuje także warsztaty DIY i gotowania, pomagające oswoić nowe sprzęty i umiejętności, przy okazji tworząc i integrując społeczność użytkowników.

(fotka z fp Library of Things)

Sama kiedyś założyłam i prowadziłam wypożyczalnię zabawek, na wzór zagranicznych Toy Libraries, co wydawało mi się super pomysłem. Każdy rodzic wie, w jakim tempie przybywa zabawek w domu i jak szybko dzieci przestają się nimi bawić, kiedy mają je ciągle na widoku. Mamoteka działała przez 2 lata jako miejsce spotkań z okazją wypożyczenia prostych układanek, gier, instrumentów muzycznych czy nadmuchiwanych zabawek do skakania. W ofercie były także książeczki dla dzieci oraz książki dla rodziców - o tematyce związanej z macierzyństwem, rozwojem osobistym, czy wychowaniem dziecka. Niestety, wraz z utratą miejsca i finansowania dyżurów, Mamoteka straciła rację bytu. A szkoda. Jeśli jednak chcecie taką założyć u siebie, to poniżej znajdziecie kilka wskazówek (zapraszam także na priv :-) ):



I chociaż mam wrażenie, że kiedyś ogólnie było więcej wypożyczalni, zwłaszcza tych z filmami na kasetach wideo, a potem płytach CD/DVD, to jednak zwyczaj wypożyczania nie odszedł jeszcze do lamusa.

(mural we Wro - Anna Szejdewik)

 Ku mojemu zdziwieniu nadal działają wypożyczalnie sprzętu sportowego (moi rodzice w czasach PRL-u wypożyczali namiot, kiedy raz w roku jechaliśmy na wczasy). Istnieje dobrze prosperująca sieć miejskich wypożyczalni rowerowych. Zdarzają się także wypożyczalnie strojów karnawałowych, sukien ślubnych, samochodów oraz  sprzętu budowlanego, gastronomicznego, ogrodniczego lub rehabilitacyjnego. W internetach widziałam nawet wypożyczalnie torebek oraz... kwiatów/roślin :-) Już nie mówiąc o wakacyjnej wypożyczalni babć!


Fajnie by było mieć w sąsiedztwie Library of Things, z przedmiotami mniejszego kalibru - szlifierką, maszyną do szycia, fotelikiem samochodowym, drylownica, czy projektorem. W innej brytyjskiej rzeczotece SHARE można także naprawiać rzeczy podczas cotygodniowych sesji reperowania - cudowne połączenie. A gdyby gdzieś w pobliżu jeszcze postawić Givebox i freefoodową lodówkę albo regał, czyli jadłodzielnię to już w ogóle spędzałabym tam pół dnia :-)

Ale ale, jest jeszcze inna opcja - zamiast zakładać fizyczne miejsce, które będzie służyć jako wypożyczalnia - można użyć technologii, a konkretnie aplikacji Peerby. Wygląda prosto - kiedy potrzebujesz czegoś, sprawdzasz, czy ktoś w twoim sąsiedztwie ma daną rzecz do pożyczenia. Nie mam pojęcia, czy Polska wie o tej aplikacji (no, teraz już wiecie, prawda?), ale jak już się dorobię tego smartfona, to na pewno zainstaluję, żeby sprawdzić.

19.07.2016

Wikiwakacje - podziel się fotkami

Założę się, że każdy z was czasem korzysta z Wikipedii. To niesamowite, jak szybko zastąpiła ona opasłe tomy encyklopedii różnego rodzaju. Dla mnie Wikipedia jest wybawieniem przy tłumaczeniach, dzięki temu, że każde polskie hasło odsyła do swoich odpowiedników w różnych językach świata.
Oczywiście trzeba zostawić pewien margines błędu (w końcu Wikipedię może edytować każdy - jest to zarazem jej największa zaleta, jak i wada), dlatego wiele osób nie traktuje tego źródła poważnie. Ale - zalogowałam się swego czasu jako wikipedystka i wiem, że każda edycja jest sprawdzana przed publikacją przez redaktora. Przy wielu hasłach toczą się zakulisowe długie dyskusje merytoryczne. Nie ma szans, żeby pojawiła się tam jakaś piramidalna głupota. Raczej więc wierzę Wikipedii, niż nie. Podoba mi się też, że za całym tym opensourcowym przedsięwzięciem stoi mrówcza praca tysięcy anonimowych wikipedystów - wolontariuszy, których motywacje są różne (ale pozytywne). W Polsce nawet stanął pomnik na ich cześć :-)



Może też spróbujesz?
Poza tym cenię Wiki także za źródło darmowych zdjęć, które nieraz wykorzystywałam do ilustracji artykułów na Ulicy Ekologicznej.
I tu dochodzimy do sedna :-)
Do końca sierpnia trwa konkurs Wikiwakacje organizowany przez polską Wikipedię i PTTK. Jeśli więc chcesz się podzielić zdjęciami z wakacyjnych wędrówek - chodzi o zabytki, dzieła sztuki w przestrzeni publicznej oraz miejsca i obiekty przyrodniczo cenne (np. parki krajobrazowe, narodowe, pomniki przyrody itp.) - aby zasiliły otwarte archiwum wikimediów na licencji Creative Commons - wysyłaj :-)
"Wystarczy na stronie internetowej kliknąć w przycisk “Prześlij zdjęcia”. Strona wyświetli interaktywną mapę, na której należy zaznaczyć właściwy zabytek lub pomnik natury, a następnie wybrać plik lub pliki do przesłania. Większość pól w formularzu przesyłania plików zostanie wstępnie wypełnione, więc cała procedura zajmuje mniej niż minutę. Wszystkie już przesłane zdjęcia można będzie oglądać na tej stronie."

 Można coś wygrać (konkretnie kasę), ale mam wrażenie, że satysfakcja z udziału może być wystarczająco satysfakcjonująca :-)



A zatem - do dzieła!


16.07.2016

7 zastosowań butelek PET, o których nie mieliście pojęcia

1. Wentylator (bez użycia prądu), czyli Eco-Cooler
Co prawda nie za bardzo widzę zastosowanie tego w bloku (trzeba by całe okno zasłonić i jednocześnie zablokować sobie dostęp światła), ale pomysł jest:



(instrukcja tu)

2. Żywołapka na mysz. Zaiste pomysłowa :-)



3. Wyciskarka do soku (ręczna)




4. Cegły = butelki wypełnione piaskiem. Domy czy raczej chatki z bitelek powstają głównie w Ameryce Południowej i Afryce - tu znajdziecie galerię.
A w Panamie powstaje nawet całe Plastic Bottle Village! Pomysłodawcy szukają sponsorów :-)

5. Innym sposobem na konstrukcje z butelek jest łączenie ich za pomocą łączników Eco Connect Bottle System. Może się przydać np. do zbudowania szklarni, parawanu, łódki/tratwy albo bramki :-)


6. Miotła


(źródło + filmik instruktażowy)

7. I na koniec moje ulubione zastosowanie - pokłon dla osoby, która pierwsza wpadła na ten pomysł - butelka PET jako żarówka. Liter of Light nie wymaga prądu - wystarczy butelka, woda z chlorem i dziura w dachu :-) Niestety znów ograniczone zastosowanie - żarówka działa tylko w dzień, ale w tymczasowych konstrukcjach typu szałas, garaż, barak, lepianka z gliny - czemu nie?


12.07.2016

Z głową w chmurach - zostań cloudspotterem lub Dyzio Marzycielem

Czytam sobie ostatnio "Witaminę N" i dlatego częściej niż zazwyczaj zwracam uwagę na zjawiska przyrodnicze, konkretnie chmury :-) Jest w obłokach coś magicznego i ulotnego, świetnie rozumiem ludzi, którzy poświęcają życie fotografowaniu chmur (i tu polecam fp Bogusia "Niebo nad Opolem") lub tylko ich kontemplacji (Cloud Appreciation Society). A w lataniu samolotem nie ma nic lepszego niż obserwowanie chmur, kiedy leci się nad nimi :-)

(fotki by Natalia, na trasie Dublin- Wrocław)

Co do "Witaminy N", to jest to praktyczny przewodnik dla rodziców/opiekunów pomagający rozwijać kontakt z przyrodą i zapobiegać deficytowi natury (zdiagnozowanemu przez Richard Louv'a we wcześniejszej książce "Ostatnie dziecko lasu"). Witamina N to pomysły, które można wykorzystać na dworze. Jeden z nich brzmi: "Stwórz listę fotek na fotograficzne podchody (...) Każdego dnia z tego samego miejsca róbcie zdjęcia nieba i stwórzcie kolaż."


Gapienie się w niebo może być dobrym punktem wyjścia do bardziej zaawansowanych obserwacji meteorologicznych.
Zacząć można od zrobienia identyfikatora chmur, czyli przyrządu ułatwiającego rozpoznawanie rodzajów obłoków.



Identyfikator można ściągnąć z netu (jest kilka wersji), ale można też zrobić samemu, przedłużając zabawę o fotografowanie chmur i ich rozpoznawanie. Podstawowe rodzaje znają pewnie wszyscy: kłębiaste, warstwowe i pierzaste. Ale czy wiecie, że istnieją także mammatusy, chmury falowe albo formacja występująca w Alpach i znana jako Wąż Maloja? O tym ostatnim dowiedziałam się z filmu Sils Anna w ramach niedawnej projekcji kina letniego w GSW :-)
Wąż Maloja wygląda tak:



Aby przejść na wyższy poziom chmurologii, można też skorzystać z aplikacji Cloud Spotter (jak już sprawię sobie smartfona, to na pewno zainstaluję).

A dla miłośników DIY - lampa-chmura (stąd):


02.07.2016

Cyfrowy detoks - przejdź na infodietę

Kilka dni temu na Planete+ można było obejrzeć francuski dokument Cyfrowy detoks. 90 dni bez internetu. Obejrzałam :-) Myśl przewodnia nie jest nowa i co jakiś czas pojawiają się nowe pojęcia związane z uzależnieniem od internetu.
FOMO - lęk przed tym, że coś nas omija, siecioholizm, nomofobia (No-Mobile-Phobia), cyberchondria (czyli Doktor Google) i kilka innych przypadlości - czy już u siebie rozpoznajecie którąś z nich?


Okazuje się, że już i w Polsce istnieje specjalna oferta wakacyjna, dla tych, którzy chcą się odciąć od elektronicznych bodźców. Czy wiecie, że przeciętnie właściciele smartfona sprawdzają telefon 150 razy dziennie? Gdyby tego nie robili tak często, odzyskali by nawet do kilku godzin dziennie...
Zwykły letni wyjazd też może być dobrą okazją, żeby choć przez kilka dni nie sprawdzać Facebooka czy ulubionych stron. Mi przyjdzie tym łatwiej, że wciąż nie dorobiłam się smartfona i nie czuję się cyfrowym tubylcą:-) Ponadto - jako dodatkowy motywator - w czytniku (ale to się nie liczy, nie ma wi-fi) mam załadowaną odpowiednią lekturę: E-migranci. Pół roku bez internetu, telefonu i telewizji.


Ponoć "dziennie wchłaniamy 34 gigabajty danych – to odpowiednik 100 tysięcy słów. To tak, jakby ktoś przez 12 godzin mówił do nas bez przerwy." (źródło) Może dlatego wszyscy narzekamy na przemęczenie? Czas przejść na infodietę (bo na całkowity detoks niewiele osób może sobie pozwolić). O analogowy rozsądek nawołują także psycholodzy :-)

ilustracja: John Holcroft

 Dlaczego warto wylogować się do życia?
- twój mózg odpocznie
- odzyskasz właściwą perspektywę
- będziesz zdrowszy/a
- nie będziesz wyglądał/a tak:

Więcej zdjęć Erica Pickersgilla  z projektu Removed znajdziecie tu: www.removed.social

Warto też zajrzeć tu: cyfrowydetox.wordpress.com